oscylator kwantowy - tytuł straszak
Osiągnęłam kres. Wszystko jedno: górny czy dolny. Pewnie oba. Teraz już
tylko odbijam się od jednego i drugiego. Jestem zupełna i brzydzę się
tego stwierdzenia.
Ślizgam się, próbuję myśleć, że można tunelować, ale zbyt żywe jest we
mnie przekonanie, że matematyka jest nadrzędna względem fizyki, w każdym
razie w sensie rozleglości i braku ograniczenia rzeczywistością. (Cicho
domyślam, że może w fizyce mniej abstrakcji, ale więcej wyobraźni, lecz
to niczego nie zmienia. Co najwyżej koloruje i czyni znośnym). To
potworne, jak bardzo jestem ograniczona swoimi wyborami.
Usiłuję uciekać w logikę, ale tam jest jeszcze gorzej, tym bardziej, że
jestem kompletnie niewykształcona. Może to jest trop. Spuść ogary.
Ślina, błoto, kurz. Wróć.
Ostatecznie transformuję myśl w wyobrażenie, ale obrazy wyrastają tylko
na nawozie trywialnych snów, dlatego staję na szczycie nietypowej góry,
której szczyt ze wszystkich stron otacza przepaść. Jedyny możliwy
kierunek - w dół w dół w dół. W górze nic już dla mnie nie ma, ponieważ
kiedyś gdzieś zbyt mało, czegoś zabrakło, a może w ogóle nie ma i nigdy
nie było potrzeby, by wspiąc się wyżej. Może nigdy nie chciałam, bo
kiedyś nie poznałam i nie doświadczyłam dostatecznie dużo. Może to
zależy od tego, czy wzrastałeś w słoneczku, czy w gnoju.
Bo widzę wyraźnie, że gdy w gnoju oświetlanym słoneczkiem, wtedy rośnie
się i w górę, i w dół jednocześnie, ale to nie są konary i korzenie,
tylko jedno wielkie zwyrodnienie. Wrasta w siebie i rozrasta się w sobie
do granicy nieznośności. I już nie wiadomo, co jest czym, co
początkiem, a co końcem, co zdrowiem, co chorobą, chociaż to akurat
lepiej, skoro wszystko jest tylko umową. Ja-ty, światło-mrok,
życie-myśl. Wszystko staje się jednością. Odrębnością i jednością -
jednocześnie.
Nie wiesz skąd, nie wiesz dokąd. Przyciąga cię światło, przyciąga cię
ciemność. Czarne światło czarnego słońca wschodzącego na dnie
rozpadliny, w którą spadasz.
W dół, głową w dół, ale w dole nie ma ognia, który by pochłonął, nie ma
podmuchu, pomruku, syknięcia. Jest tylko pustka i czerń, i strach, że
jednak czarne światło jest mrzonką, a ciemność po prostu brakiem
jasności lub co gorsza niedowidzeniem. Zapadasz się z poczuciem, że to
nie jest nieznane. Znasz już smak spadania. Nie zawieszenia. Nie lotu.
Zwykłego, jednostajnego spadania ograniczonego oporem powietrza.
Powietrza, które - spostrzegasz nagle - jest zwiesiną drobinek lodu.
Coraz liczniejsze kryształki szarpią ubranie i skórę, drażnią fałdy
głosowe, dlatego drapie cię w gradle. Ciebie-mnie. Osoba nie ma znacznia,
ponieważ od początku nie do końca jestem w sobie. W przeciwnym razie
nigdy bym nie rzuciła się w przepaść, a trwała na szczycie góry przy
samej krawędzi pełna strachu i niezdecydowania. Przełamanie wymaga
wyjścia poza siebie. Skutkiem ubocznym jest późniejsze nienadążanie z
rejestrowaniem zjawisk, dostrzeganiem, byciem, przeżywaniem. Można
spadać i w sytuacji orientować się z kilkusekundowym opóźnieniem.
Kilka sekund to w i e c z n o ś ć. To opóźnienie, którego nie można nadrobić.
Saevitia 2012-01-15 01:30:51 skomentuj (2)