Saevitia 2012-02-20 12:34:40 skomentuj (1)
Świat powoli, bardzo powoli przestaje udawać, że jest prawdziwy. Wszystko zaczyna się od niewielkich opóźnień. Tramwaje kontynuują jazdę dopiero, gdy odwrócę głowę i zamyknę je w swoim polu widzenia. Zamarłe koty wznawiają bieg, kiedy dostrzegę je na środku ulicy. Zawisające w powietrzu ptaki pod wpływem spojrzenia, szybując, pomału przypominają sobie o konieczności machania skrzydłami.
Rzeczywistość ostatecznie zamiera po spektaklu pozorów… Po drugiej stronie lustra to nie ona, tylko ja - zwalniam. Spowalniam się aż do zatrzymania.
Dzień się mroczy. Zatapiam się w ulicznych światłach. Jestem szczęśliwa, kiedy idę. Jeszcze przez chwilę jestem sobą w sobie. Jestem ruchem. Jestem w czasie. Żyję.
Dzień dobry wieczór rzeczywistość.
Gałęzie wierzb rysują ledwie zamarzającą powierzchnię stawu, drobiny śniegu migoczą w świetle latarni, oddech miesza się ze wstążką iluminacji. Resztki myśli odparowują z płuc.
A potem.. nieruchomieję wśród ścian i chyba pierwszy raz w życiu czuję się naprawdę obco. Nigdy i nigdzie nie czułam się obco, bo zawsze byłam w sobie. Bo byłam we właściwym węźle czasoprzestrzeni mojego życia.
Siadam po turecku, gdy w głowie tłoczą się obrazki sprzed chwili, sprzed lat, z poprzedniego wcielenia.
Kiedyś tak bardzo wrastałam w naturę, że w chwilach całkowitego bezruchu porastałam mchem. Miałam zieloną, zamszową skórę, a w ustach nieco szorstką, drobną trawkę, której rześki, cierpki smak przypominał o konieczności utrzymywania wyostrzonych zmysłów.
Dziś już tylko pokrywam się kurzem. Obserwuję w ciszy narastającą warstewkę szarego pyłu o zapachu suszy. Nic nie tętni, nic nie bije, nic się nie odradza. Tylko pergaminowa cisza szeleści w podświadomości. Przekładam dni jej kolejnymi, wygładzonymi arkuszami, których stos narasta od dawna, ale nie chce płonąć.
Kiedyś od suszy zajmowało się powietrze. Iskry wypalały na skórze płytkie znamiona w kształcie gwiazd. Trzaski przechodziły nagle w gromy wstrząsające niespodziewanie bytem. Ale te czasy już minęły. Dziś susza jest tylko preparatorem zwłok, cierpliwie czekający aż skończy się umieraniem z wysuszenia bez odczuwania pragnienia.
Pamiętam czasy, gdy słowa grzęzły w miękkiej, żywej fizjologii. Rozkład i rozpad bulgotały ożywczo. Ferment, sprzeciw, bunt, walka.
Wtedy
było
cokolwiek.
Saevitia 2012-01-22 19:55:59 skomentuj (1)
Dawno już mi się to nie zdarzyło, ale wystarczył impuls, żeby wylała się ze mnie fala bezmyślności, okrucieństwa i jadu podlana tanim humorem i uproszczeniem. Na dodatek nieskierowana bezpośrednio, a płynąca cichym, bocznym nurtem na fali rozmowy. Niepotrzebnie. Nierozumnie. Źle. Niesprawiedliwie. Nie do wycofania. A ślad pozostał we mnie.
Nie zmieniło to chyba niczego w rzeczywistości. Oby nie zmieniło. Zmieniło we mnie. Zostawiło osad.
Zapamiętaj.
Próbuję zrozumieć.
Po co? Żeby w piątej warstwie podtekstu usprawiedliwić się przed sobą? Żeby umotywować decyzję?
I po co tutaj? Publiczne wyznanie winy. Przecież nie po to by się pogrążyć, a żeby sobie ulżyć. Zupełnie nie moja taktyka, chyba że jednocześnie łączy się ze złudnym przekonaniem, że szczerość równoważy nieszczerość.
Cóż.
Uważności sobie życzę w codzienności.
Saevitia 2012-01-21 12:08:45 skomentuj (0)
Osiągnęłam kres. Wszystko jedno: górny czy dolny. Pewnie oba. Teraz już
tylko odbijam się od jednego i drugiego. Jestem zupełna i brzydzę się
tego stwierdzenia.
Ślizgam się, próbuję myśleć, że można tunelować, ale zbyt żywe jest we
mnie przekonanie, że matematyka jest nadrzędna względem fizyki, w każdym
razie w sensie rozleglości i braku ograniczenia rzeczywistością. (Cicho
domyślam, że może w fizyce mniej abstrakcji, ale więcej wyobraźni, lecz
to niczego nie zmienia. Co najwyżej koloruje i czyni znośnym). To
potworne, jak bardzo jestem ograniczona swoimi wyborami.
Usiłuję uciekać w logikę, ale tam jest jeszcze gorzej, tym bardziej, że
jestem kompletnie niewykształcona. Może to jest trop. Spuść ogary.
Ślina, błoto, kurz. Wróć.
Ostatecznie transformuję myśl w wyobrażenie, ale obrazy wyrastają tylko
na nawozie trywialnych snów, dlatego staję na szczycie nietypowej góry,
której szczyt ze wszystkich stron otacza przepaść. Jedyny możliwy
kierunek - w dół w dół w dół. W górze nic już dla mnie nie ma, ponieważ
kiedyś gdzieś zbyt mało, czegoś zabrakło, a może w ogóle nie ma i nigdy
nie było potrzeby, by wspiąc się wyżej. Może nigdy nie chciałam, bo
kiedyś nie poznałam i nie doświadczyłam dostatecznie dużo. Może to
zależy od tego, czy wzrastałeś w słoneczku, czy w gnoju.
Bo widzę wyraźnie, że gdy w gnoju oświetlanym słoneczkiem, wtedy rośnie
się i w górę, i w dół jednocześnie, ale to nie są konary i korzenie,
tylko jedno wielkie zwyrodnienie. Wrasta w siebie i rozrasta się w sobie
do granicy nieznośności. I już nie wiadomo, co jest czym, co
początkiem, a co końcem, co zdrowiem, co chorobą, chociaż to akurat
lepiej, skoro wszystko jest tylko umową. Ja-ty, światło-mrok,
życie-myśl. Wszystko staje się jednością. Odrębnością i jednością -
jednocześnie.
Nie wiesz skąd, nie wiesz dokąd. Przyciąga cię światło, przyciąga cię
ciemność. Czarne światło czarnego słońca wschodzącego na dnie
rozpadliny, w którą spadasz.
W dół, głową w dół, ale w dole nie ma ognia, który by pochłonął, nie ma
podmuchu, pomruku, syknięcia. Jest tylko pustka i czerń, i strach, że
jednak czarne światło jest mrzonką, a ciemność po prostu brakiem
jasności lub co gorsza niedowidzeniem. Zapadasz się z poczuciem, że to
nie jest nieznane. Znasz już smak spadania. Nie zawieszenia. Nie lotu.
Zwykłego, jednostajnego spadania ograniczonego oporem powietrza.
Powietrza, które - spostrzegasz nagle - jest zwiesiną drobinek lodu.
Coraz liczniejsze kryształki szarpią ubranie i skórę, drażnią fałdy
głosowe, dlatego drapie cię w gradle. Ciebie-mnie. Osoba nie ma znacznia,
ponieważ od początku nie do końca jestem w sobie. W przeciwnym razie
nigdy bym nie rzuciła się w przepaść, a trwała na szczycie góry przy
samej krawędzi pełna strachu i niezdecydowania. Przełamanie wymaga
wyjścia poza siebie. Skutkiem ubocznym jest późniejsze nienadążanie z
rejestrowaniem zjawisk, dostrzeganiem, byciem, przeżywaniem. Można
spadać i w sytuacji orientować się z kilkusekundowym opóźnieniem.
Kilka sekund to w i e c z n o ś ć. To opóźnienie, którego nie można nadrobić.
Saevitia 2012-01-15 01:30:51 skomentuj (2)
Kiedy śpię, otaczają mnie ściany grubego, błękitnawego szkła. Wiem, choć ostatnio wcale nie śnię.
Odnajduję się po omacku w przestrzeni rzeczy. Dotyk naprowadza mnie na tory właściwego działania, ale moja bezrefleksyjność w codzienności wywołuje niekontrolowane kawitacje. Puf. Rozdęcie pustki. Paf. W ułamku sekundy próżnia zapada się w sobie. Właśnie wtedy pytasz mnie, dlaczego nagle robię się taka blada.
Dotykam cię poprzez warstwy błękitu i czuję tylko lekkie falowanie. Delikatną wibrację smutku.
Projektuję. W błękicie.
Saevitia 2012-01-08 22:51:10 skomentuj (1)
Zamarzłam.
Saevitia 2012-01-06 21:30:49 skomentuj (0)
Doświadczam stanów niegdyś dla siebie nieosiągalnych: spowalniam myśli aż do ich rozmycia.. aż do ich niebycia. Nieruchomieję w ciele i nieruchomieję ciałem. Wzburzoną taflę umysłu uspokajam ciszą. Wtapiam się w powietrze zamierające bezdźwiękiem i roztapiam w nim najdrobniejsze drobinki życia. Przezroczysta dla bycia oglądam, jak przepływa przeze mnie światło lampy. Jak przenika przez skórę rozciągniętą na znikającej dłoni.
Sekundy, minuty, godziny.
Czasem pojedynczy obraz. Potłuczonej szklanej głowy, w głowie. (szeptem i miękko: bez śladu odłamków szkła).
Sekundy, minuty, godziny.
Myśl. Zbyt intymna i prosta, by ją tu..
Sekundy, minuty, godziny.
S p o w o l n i e n i e .
Lubię nie czuć zimna. Zimno to większe bezczucie od nieczucia.
Choć umysł jest bladoniebski i sinozielony, szklany i potłuczony,
to
nie czuję chłodu.
Minuty, godziny..
.bezczuć.
..podczas wejścia w bezmyśl.
Saevitia 2011-12-12 20:41:13 skomentuj (0)